Dla mężczyzn z pasją

Sebastian Kawa

Żaden z tych aeroplanów jest bowiem w stanie przelecieć w jednym dniu 2125 km po trasie zamkniętej, latać na wysokościach przekraczających 8000 m , wykonać lotu ponad 1000 km , odpowiadającego trasie z Gdańska do Bielska -Białej i z powrotem , w czasie około 4-ech godzin . Na niektórych odcinkach Sebastian przekraczał prędkość 400 km/godz. A to wszystko bez zużycia kropli paliwa ! Jakże mizernie w takim porównaniu wypadły by paliwożerne smoki z szos i torów wyścigowych. Patagonia to miejsce szczególne. Miniony rok Sebastian witał w Andach . Poznawał te góry od strony Pacyfiku , gdy w Chile walczył o swój kolejny tytuł mistrza świata . Rok ów żegnał także w tych górach , ale tym razem penetrował je od strony argentyńskiej. W Chile przeżywał ogromne emocje ścigając się wśród skalnych olbrzymów, gdzie nie zapuszczają się nawet kondory .Góry te paraliżują swym ogromem ,oraz odmiennością i różnorodnością warunków atmosferycznych. Tam ścigano się latając z ogromnymi prędkościami , niemal ocierając się skrzydłami o kamienne ściany , korzystając zwykle z termiki skalnych ,czyli cienkiej warstwy powietrza, które po nagrzaniu wspina się burzliwymi, strugami ku szczytom. Natomiast po zawietrznej,wschodniej stronie Andów , nasz pilot mocował się z wichrami i prądami strumieniowymi w przestrzeniach właściwych dużym samolotom. Fenomen miejsca ,ukształtowany przez :barierę Andów rozdzielających dwa oceany , sąsiedztwo Antarktydy i nagrzane wody Pacyfiku , powoduje,że zachodzące tu zjawiska nasuwające skojarzenia ,iż to pod wpływem wichrów i pędzonych przez nie wód wolniej dryfował i zagiął się południowy kraniec Ameryki. Huragany są udręką żeglarzy ,ale fundują też mocne wyzwania dla bractwa potrójnej mewy. Układem "rozdającym karty" jest El Niňo , czyli zespół zjawisk związany z wędrówką ciepłych , powierzchniowych wód Pacyfiku. On wywołuje powodzie, lub suszę w Australii , Indiach, Brazylii , a gdy jest cieplejszy nawet nam w Polsce funduje deszczowe lato. El Niňo rządzi też huraganami w tamtym obszarze świata. Z kolei sąsiedztwo Antarktydy sprawia, iż w Patagonii ,na szerokościach odpowiadających Sycylii,opady śniegu podczas lata nie są rzadkością . Z kolei częste tam huragany , sięgające nawet 300km/h , przy zderzeniu ze szczerbatym łańcuchem Andów wywołują wiele zjawisk sprzyjających wykonywaniu imponujących lotów na szybowcach, ale takie zapasy z bogami wiatrów to ciężka próba dla szybowca i pilota. Zuchwałe plany Marzenia o lataniu w Patagonii towarzyszyły nam od lat . Długo musiało się to ograniczać do marzeń. Toteż Sebastian - korzystając między innymi ze środków uzyskanych ze współpracy z AA MAN - skwapliwie wykupił sobie udział w wyprawie zorganizowanej przez Francuza Jean-Marie Clement'a . Dysponowali świetnym dwumiejscowym szybowcem wyposażonym w silnik startowy, aparaturę tlenową , oraz instrumenty umożliwiające korzystanie z przestrzeni zastrzeżonej dla samolotów komunikacyjnych , latanie w chmurach a także w nocy. Dobra maszyna , wysokie umiejętności obu pilotów , oraz potencjał huraganów, prowokowały, toteż Sebastian z Jeane'm zaczęli się sposobić do zuchwałego lotu o niewiarygodnej długości 5000 km. Ponieważ na szybowcach nie wolno w nocy wykonywać lotów po trasie , planowali wykonać pierwszy etap w jednym dniu , a po przeczekaniu nocy nad zboczem w pobliżu lotniska , z pierwszym brzaskiem odlecieć na kolejny odcinek trasy. Plan zuchwały , lecz realny przy sprzyjającej pogodzie . Należało jednak uzyskać na taki lot zgodę przedstawiciela argentyńskiego nadzoru lotniczego - a ten się kategorycznie sprzeciwił ambitnym zamiarom. Ujarzmianie wichrów Bazą wyprawy było lotnisko Lago Nahuel z czasów pionierskich lotów pocztowych opiewanych przez A. Saint- Exupery . Leży ono obok Bariloche nad brzegiem pięknego jeziora o tej samej nazwie , wcinającego się ponad 100 km w Andy. Królują tu zjawiska fenowe i często dzieje się tak ,że na zachód od kościoła w Bariloche leje rzęsisty deszcz , a na wschód od niego nie spadnie kropla. Tam zaczyna się pampa - surowy kraj skałek i kamienistej ziemi, pokrytej kępami suchych traw i krzewów. Ta niegościnna kraina odstrasza ludzi , więc piloci latający nad Andami i tymi pustkowiami żałują czasem , iż niezbyt uważnie śledzili programy szkoły przetrwania. Dlatego nie ma tu amatorów latania na wzór bocianów pod białymi obłokami , lecz lata się wysoko na falach wzbudzanych w atmosferze przez cyklony .Mimo to nie zawsze udaje się powrót do domu , lub dolot do nielicznych lotnisk , toteż rozbito już parę pięknych szybowców , choć niewiele ich tu dotąd latało . Nawet silnik nie daje pewnego podparcia, bo na dużych wysokościach., gdzie temperatura spada nawet do minus 56°C, zamienia się on w bryłę lodu. Sezon najsilniejszych huraganów przypada na koniec roku, ale w tym roku wody El Niňo były chłodniejsze , więc rozleglejszy niż zwykle wyż nad Oceanem Spokojnym znacząco ograniczał w tym sezonie harce podbiegunowych cyklonów .Mimo to już w locie rekonesansowym Sebastian, wykonał z Jeane,m 1600- kilometrowy przelot a przy następnym nasileniu wichrów , nie bacząc na niepewną pogodę , podjął on próbę pokonania 2000 km . Pogoda była bardzo zdradliwa i prognozy niepewne , toteż Sebastianem i towarzyszącym mu Buce Cooper'em ze Szkocji , nikt w tym dniu nie odważył się na testowanie czujności swego anioła stróża i daleki odlot od lotniska. Paradoksalną trudność stwarzała piękna, bezchmurna pogoda .Chmury są bowiem dla szybowników drogowskazami sygnalizującym rozkład prądów powietrznych,a gdy ich nie ma , to lot na szybowcu nad górami i dzikim pustkowiem jest jak wędrówka niewidomego nad skrajem przepaści . Taki lot niesie ogromne ryzyko,gdyż w błękitnej otchłani pilot nie ma żadnych oznak pozwalających na lokalizację wznoszeń ani duszeń i nie wie on czy sina przestrzeń przed nim przyniesie wiatrhuraganu są jak rwąca rzeka. W miejscach gdzie jet-streem schodzi nad szczyty trzeba się mocno bronić przed zdmuchnięciem do Atlantyku i baczyć pilnie by jego uderzenia nie połamały szybowca , a zaś przy słabym wietrze zanikają wznoszenia falowe i powstaje groźba katastrofy na dzikich ostępach. Toteż pokładowy rejestrator medyczny co rusz notował graniczne parametry układu krążenia pilotów. Jednak determinacja nie pozwoliła im na poddanie się i "Nimbus" szybko połykał kolejne setki kilometrów . Lecz gdy do mety pozostało zaledwie 100 km drogę zagrodziły im rozległe chmury frontu nasuwającego się znad Pacyfiku . Wydawało się , że 14-godzinny wysiłek pójdzie na marne i trzeba będzie szukać ratunku na odległym od gór lotnisku komunikacyjnym. Przebijanie się przez bardzo rozbudowany system chmur wymaga szczególnych umiejętności , te obaj piloci posiadali , ale szybowiec nie ma instalacji przeciwoblodzeniowej i to już groziło nieszczęściem. Nie było jednak wyjścia .Kończył się dzień i trzeba było podjąć rzuconą przez los rękawicę. Jednak fenomen miejsca zadziałał i gdy znaleźli się nad Lago Nahuel, jego rozhuśtane wody posłały im przez szczelinę w chmurach błyski - niczym latarnia zbawczego portu. Teraz 6000 m rezerwy wysokości stało się zawadą i trzeba było ostro nurkować , aby nie zamknęła się zbawcza luka w chmurach. Sebastian jako pierwszy Polak przekroczył granicę 2000 km i tylko jeszcze jeden pilot zdołał w minionym sezonie wykonać podobny lot. Podczas kilkunastu dni pobytu nasz pilot zdołał wykonać piękny 1000 -kilometrowy przelot o którym wspomniałem na wstępie i poprawić kilka rekordów Polski . Pogodowa loteria Z braku zgody na nocny lot i ambitną próbę dwudniowego lotu , Sebastian z Jaean'em , postanowili podjąć próbę poprawienia światowego rekordu prędkości na trasie docelowo - powrotnej ponad 1500 km. Na krańcach Ameryki nie jest wiadomo co i gdzie przyniosą wichry znad oceanu a Bariloche leży w połowie obszaru najsilniejszych wiatrów. Toteż przed startem pilotów zawsze gryzie dylemat wyboru kierunku trasy - czy w danym dniu lecieć na północ ku wysokim górom, lub na odwrót , ku Ziemi Ognistej. Klasyczna loteryjka z szansami 50/50 . Wybrali wariant północny .Okazało się jednak , że tym razem pieniążek upadł nieodpowiednią stroną . Nocna pobudka , pośpieszne przygotowanie szybowca, nagranie planu lotu przez radio na magnetofon kontrolerów, którzy niczym urzędnicy pojawiają się tam w pracy dopiero po śniadaniu. Piloci , okutani w ciuchy niczym Papanin na biegunie , pakują się do kabiny w zaciszu drzew i hangaru, bo na starcie nie ma szans na otwarcie kabiny. Siedząc w szybowcu podczas holowania na start programują instrumenty nawigacyjne,oraz odczytują listę kontrolną. Opowiada Sebastian: Zaczyna się już lato, ale góry są białe a spodziewane są kolejne opady śniegu i wiatr ponad 100 km/h. Synoptycy podpowiadają lot ku północy , ku równikowi , w kierunku gór znanych mi z mistrzostw w Chile. Od paru lat nie udało się tam polecieć. Korzystna pogoda kończyła się zbyt wcześnie , ale za pasmem wysokich Andów bywa czasem wspaniała fala z bardzo silnymi wznoszeniami. Odpalam silnik i po chwili ważący blisko 900 kg szybowiec zamienia się w miotany potwornymi podmuchami pionowzlot. Za wiatrochronem przemykają pasemka śniegu. Piloci skazani na samolot holujący z zazdrością patrzą na nasze zmagania , bo w tych warunkach nie mogą nawet nawet marzyć a zaprzęgnięciu "Muła Przestworzy" do swych rydwanów , bo wiatr przewrócił by samolot zaraz po wytoczeniu z hangaru. Wicher trzyma nas w miejscu , więc nie musimy się bujać nad wzburzonymi wodami jeziora z kapryśnym silnikiem za głową. Lot ku górom bez szans , więc dryfujemy do rotorów na północy i w ich podmuchach nabieramy wysokości. Jednak wkrótce pojawił się problem. Wiatr przekroczył 115 km/h a dla schowania silnika musimy zwolnić do 85-90km/h , inaczej śmigło nie zatrzyma się. Przez chwilę cofamy się spychani wiatrem , robiąc zakłady, czy wpierw zatrzyma się silnik, czy wpadniemy w potężne duszenie i tarapaty . Tym razem jednak "łopata" stanęła niemal od razu w pionie, oszczędzając czasu na ustawienie jej za pomocą hamulca. Udało się uciec od wściekłych prądów opadających , które w parę sekund mogły nas wbić w ziemię. Cała przestrzeń jest nasza ! Warto żyć i poświęcić wiele dla takich chwil... Wschodzące słońce złoci setki kilometrów bajkowych chmur . Na północy i południu warunki są fantastyczne. Początek trasy cudowny. Pierwsze pięćset kilometrów pokonujemy w noszeniach, które sięgają czasem ponad 10m/s . Nasza prędkość względem ziemi przekracza chwilami 400km/h ! Zabawa kończy się jednak po minięciu wulkanu Demujo. Nawet z 7000 m widać jak dzika i sucha jest ta okolica. Pozalewana potokami czarnej lawy wygląda przerażająco. Jedyne miasteczko na tym pustkowiu, Malarque, jest otoczone setkami kilometrów pustkowia. Zastanawiające jest po co się tu ludzie osiedlili. Ale mają asfaltowy pas startowy i nudzącego się kontrolera z którym musimy rozmawiać, choć nie ma żadnego ruchu. Ten gość nie stwarza nam jednak żadnych problemów i pozwala lecieć na poziomie 270, czyli ponad 8000 m. W Europie jest to niewyobrażalne. Jednak szczęście nie trwa długo. Wkrótce urwały się wznoszenia falowe. Musimy wlecieć pomiędzy wysokie szczyty w nadziei, że w osłoniętych dolinach znajdziemy noszenie. Jest strasznie turbulentnie. Trzeba mocno docisnąć pasy, by nie rozbić głową plexi. Poszarpane kominy rzucają po 7m/s w górę i w dół, lecz wiatr 135km/h robi swoje. Kusi mnie, aby przeprawić się na penetrowane podczas mistrzostw chilijskie percie , lecz Jean , nawykły do wysokich lotów , nie wyraził entuzjazmu dla perspektywy szorowania skrzydłem po skalach. Tracimy cenny czas szamocąc się w chmurach po zawietrznej. Fali nie ma i musimy wracać. Dzięki przejrzystość powietrza obserwujemy z dali jak wiatr uderzający w pola wzbija tony kurzu i nieco dalej porywa je tysiące metrów w górę. Lecimy tam. Cały czas dusi ! Niespotykane... Zwykle fala nie miała więcej niż kilkanaście kilometrów długości i po chwili lotu z wiatrem docierało się do wznoszenia, a tu nic . Spadliśmy tak nisko, że dalej tylko Buenos Aires! Odpalam silnik. Duszenie nie ustępuje , wiatr silnie wstrzymuje , lecz powoli zbliżamy się znów do górek. Niepokoję się, aby Jean nie zrejterował , bo nie uśmiecha mi się nocowanie 600km od domu , na pustkowiu i w towarzystwie skorpionów. W końcu pokonujemy niewielką przełęcz i docieramy do rejonu, gdzie było ostatnie zafalowanie. Jest! Unosi w górę 2-3 m/sek nad doliną zalaną lawą , wyglądającą z góry jak rozlany wosk. Nie ma już tak pięknych soczewek jak poprzednio, ale linia wznoszeń zachowała się i powoli przemieszczamy się pod wiatr na południe. Po zawietrznej stronie wulkanu Demujo, jak za każdym samotnym szczytem, przestrzeń wypełniona jest chaosem i turbulencją. Ale tym razem trafiamy na niewidoczną linię fali. Prezent ten oszczędził nam sporo czasu i kłopotów. Dolatujemy do niesamowitego pasma Cordilliera del Vento, które generuje najpotężniejszą falę w okolicy. Zaczyna się wyścig z czasem. Zachód słońca za 2 godziny a do domu 500km. Podchodzi front, który zaczął się przewalać przez góry. Wiatr znacznie przekracza 100km/h, fala jest oddalona 60 km od gór i dłuższa niż zwykle . Jej przebieg znaczą wały rotorów i wstążka pierzastych soczewek. Koledzy na ziemi obserwują zdjęcia satelitarne , podsłuchają w internecie rozmowy radiowe z lotniskami. Doskonale wiedzą co się dzieje. Obstawiają sukces, lub porażkę. Lecimy ponad 300 km/h względem powietrza, lecz coraz silniejsza czołowa składowa wiatru spowalnia lot do domu .Chapelco, najgłębiej w górach, pierwsze znika w deszczu i śniegu. Następne lotniska już zamknięte chmurami frontu. Zapala , bezpieczna pod rotorami na wschodzie. Nahuel - nasz cel - na skraju zwartych chmur. Dopadamy "hydraulic jump" i jego regularne wznoszenia pozwalają na pożeranie kilometrów. Rosną szanse na dolot, aż w końcu wypada z wyliczeń, że zdążymy przed zachodem. Lądujący w Bariloche samolot linii “Austral" podaje nam informację o pogodzie dającą nadzieję na nocowanie u siebie. Niestety. Gdy dolatujemy ciemna ściana śniegu i deszczu pochłania jezioro i grodzi drogę do lotniska. Wymrożony szybowiec uległ by natychmiast oblodzeniu, toteż trzeba uciekać na wschód, na stare lądowisko Pilcaniyeu. Podchodzimy o zachodzie słońca, wytracając 3000m zbędnej już wysokości. Wyrównuję przed pasem na wysokości 300 m. Jean sugeruje wykonanie niewielkiej rundki, ale niemal w tym samym momencie potężne uderzenie rotoru ciska nas ku ziemi. Wysokość topnieje błyskawicznie , lecz powietrze nie wniknie przecież pod ziemię , toteż konsekwentnie nurkuję w dół. Duszenie zostawia nas tuż przed lotniskiem i nagle na tle szarzejącego tła zauważam jakieś białe kulki .To izolatory linii elektrycznej ! Podciągnięty szybowiec mija na centymetry przeszkodę i po chwili osiadamy wśród chaszczy zapuszczonego pasa. Kiedy wysiadamy z szybowca nie ma ani kropli deszczu. Huragan suszy wszystko po zawietrznej stronie gór . Wychodzą gwiazdy i księżyc. Pochyleni, człapiemy mozolnie w mroku w stronę miasteczka, pod wiatr, którego siłę może dała by radę odtworzyć testująca silniki “Dakota". Z przeciwka wyłaniają się dwie ciemne postacie z długimi strzelbami... Na szczęście to tylko miejscowy sierżant Garcia przyszedł sprawdzić co się stało. Choć ten sezon falowy w Patagonii nie obfitował w dobre warunki, bo nawet Klaus Ohlman , polujący tu od lat na rekordy, nie zdołał przekroczyć bariery 2000 km , to kilkunastodniowy pobyt pod Andami dał naszym pionierom moc cennych doświadczeń i przeżyć. Latanie w tej krainie wichrów stawia przed pilotami wysoką barierę . Po powrocie Sebastian stwierdził :-Teraz już nic nie będzie jak dawniej...

Lokalizacja


Galeria

O podróżniku

Sebastian Kawa

Sebastian Kawa

mistrz świata w szybownictwie

więcej »

Zobacz także