Sebastian Kawa
Szybowcem szybciej , wyżej , dalej , niż samolotem. 26/05/2011
To nie herezja , to fakty . Na żadnym z powszechnie użytkowanych w Polsce lekkich samolotów , łącznie z 1000 konnym AN-2 , nie zdołano by wykonać takich lotów , jakich na pod koniec minionego roku dokonał na szybowcu Sebastian Kawa w Patagonii.
Żaden z tych aeroplanów jest bowiem w stanie
przelecieć w jednym dniu 2125 km po trasie zamkniętej,
latać na wysokościach przekraczających 8000 m , wykonać lotu
ponad 1000 km , odpowiadającego trasie z Gdańska do Bielska
-Białej i z powrotem , w czasie około 4-ech godzin . Na
niektórych odcinkach Sebastian przekraczał prędkość 400
km/godz. A to wszystko bez zużycia kropli paliwa ! Jakże
mizernie w takim porównaniu wypadły by paliwożerne smoki
z szos i torów wyścigowych. Patagonia to miejsce
szczególne. Miniony rok Sebastian witał w Andach . Poznawał
te góry od strony Pacyfiku , gdy w Chile walczył o swój
kolejny tytuł mistrza świata . Rok ów żegnał także w tych
górach , ale tym razem penetrował je od strony argentyńskiej.
W Chile przeżywał ogromne emocje ścigając się wśród
skalnych olbrzymów, gdzie nie zapuszczają się nawet kondory
.Góry te paraliżują swym ogromem ,oraz odmiennością i
różnorodnością warunków atmosferycznych. Tam ścigano się
latając z ogromnymi prędkościami , niemal ocierając się
skrzydłami o kamienne ściany , korzystając zwykle
z termiki skalnych ,czyli cienkiej warstwy powietrza, które
po nagrzaniu wspina się burzliwymi, strugami ku szczytom.
Natomiast po zawietrznej,wschodniej stronie Andów , nasz pilot
mocował się z wichrami i prądami strumieniowymi
w przestrzeniach właściwych dużym samolotom. Fenomen
miejsca ,ukształtowany przez :barierę Andów rozdzielających dwa
oceany , sąsiedztwo Antarktydy i nagrzane wody Pacyfiku ,
powoduje,że zachodzące tu zjawiska nasuwające skojarzenia ,iż
to pod wpływem wichrów i pędzonych przez nie wód wolniej
dryfował i zagiął się południowy kraniec Ameryki.
Huragany są udręką żeglarzy ,ale fundują też mocne wyzwania
dla bractwa potrójnej mewy. Układem "rozdającym karty" jest El
Niňo , czyli zespół zjawisk związany z wędrówką ciepłych ,
powierzchniowych wód Pacyfiku. On wywołuje powodzie, lub suszę
w Australii , Indiach, Brazylii , a gdy jest cieplejszy nawet
nam w Polsce funduje deszczowe lato. El Niňo rządzi też
huraganami w tamtym obszarze świata. Z kolei sąsiedztwo
Antarktydy sprawia, iż w Patagonii ,na szerokościach
odpowiadających Sycylii,opady śniegu podczas lata nie są
rzadkością . Z kolei częste tam huragany , sięgające
nawet 300km/h , przy zderzeniu ze szczerbatym łańcuchem Andów
wywołują wiele zjawisk sprzyjających wykonywaniu imponujących
lotów na szybowcach, ale takie zapasy z bogami wiatrów to
ciężka próba dla szybowca i pilota. Zuchwałe plany
Marzenia o lataniu w Patagonii towarzyszyły nam od lat .
Długo musiało się to ograniczać do marzeń. Toteż Sebastian -
korzystając między innymi ze środków uzyskanych ze współpracy
z AA MAN - skwapliwie wykupił sobie udział w wyprawie
zorganizowanej przez Francuza Jean-Marie Clement'a . Dysponowali
świetnym dwumiejscowym szybowcem wyposażonym w silnik
startowy, aparaturę tlenową , oraz instrumenty umożliwiające
korzystanie z przestrzeni zastrzeżonej dla samolotów
komunikacyjnych , latanie w chmurach a także w nocy.
Dobra maszyna , wysokie umiejętności obu pilotów , oraz
potencjał huraganów, prowokowały, toteż Sebastian z Jeane'm
zaczęli się sposobić do zuchwałego lotu o niewiarygodnej
długości 5000 km. Ponieważ na szybowcach nie wolno w nocy
wykonywać lotów po trasie , planowali wykonać pierwszy etap
w jednym dniu , a po przeczekaniu nocy nad zboczem w
pobliżu lotniska , z pierwszym brzaskiem odlecieć na kolejny
odcinek trasy. Plan zuchwały , lecz realny przy sprzyjającej
pogodzie . Należało jednak uzyskać na taki lot zgodę
przedstawiciela argentyńskiego nadzoru lotniczego - a ten
się kategorycznie sprzeciwił ambitnym zamiarom. Ujarzmianie
wichrów Bazą wyprawy było lotnisko Lago Nahuel z czasów
pionierskich lotów pocztowych opiewanych przez A. Saint- Exupery .
Leży ono obok Bariloche nad brzegiem pięknego jeziora o tej
samej nazwie , wcinającego się ponad 100 km w Andy.
Królują tu zjawiska fenowe i często dzieje się tak ,że na
zachód od kościoła w Bariloche leje rzęsisty deszcz ,
a na wschód od niego nie spadnie kropla. Tam zaczyna się
pampa - surowy kraj skałek i kamienistej ziemi, pokrytej
kępami suchych traw i krzewów. Ta niegościnna kraina
odstrasza ludzi , więc piloci latający nad Andami i tymi
pustkowiami żałują czasem , iż niezbyt uważnie śledzili
programy szkoły przetrwania. Dlatego nie ma tu amatorów latania
na wzór bocianów pod białymi obłokami , lecz lata się wysoko
na falach wzbudzanych w atmosferze przez cyklony .Mimo to nie
zawsze udaje się powrót do domu , lub dolot do nielicznych
lotnisk , toteż rozbito już parę pięknych szybowców , choć
niewiele ich tu dotąd latało . Nawet silnik nie daje pewnego
podparcia, bo na dużych wysokościach., gdzie temperatura spada
nawet do minus 56°C, zamienia się on w bryłę lodu. Sezon
najsilniejszych huraganów przypada na koniec roku, ale w tym
roku wody El Niňo były chłodniejsze , więc rozleglejszy niż
zwykle wyż nad Oceanem Spokojnym znacząco ograniczał w tym
sezonie harce podbiegunowych cyklonów .Mimo to już w locie
rekonesansowym Sebastian, wykonał z Jeane,m 1600- kilometrowy
przelot a przy następnym nasileniu wichrów , nie bacząc na
niepewną pogodę , podjął on próbę pokonania 2000 km . Pogoda
była bardzo zdradliwa i prognozy niepewne , toteż
Sebastianem i towarzyszącym mu Buce Cooper'em ze Szkocji ,
nikt w tym dniu nie odważył się na testowanie czujności
swego anioła stróża i daleki odlot od lotniska.
Paradoksalną trudność stwarzała piękna, bezchmurna pogoda
.Chmury są bowiem dla szybowników drogowskazami sygnalizującym
rozkład prądów powietrznych,a gdy ich nie ma , to lot na
szybowcu nad górami i dzikim pustkowiem jest jak wędrówka
niewidomego nad skrajem przepaści . Taki lot niesie ogromne
ryzyko,gdyż w błękitnej otchłani pilot nie ma żadnych
oznak pozwalających na lokalizację wznoszeń ani duszeń
i nie wie on czy sina przestrzeń przed nim przyniesie
wiatrhuraganu są jak rwąca rzeka. W miejscach gdzie
jet-streem schodzi nad szczyty trzeba się mocno bronić przed
zdmuchnięciem do Atlantyku i baczyć pilnie by jego uderzenia nie
połamały szybowca , a zaś przy słabym wietrze zanikają
wznoszenia falowe i powstaje groźba katastrofy na dzikich
ostępach. Toteż pokładowy rejestrator medyczny co rusz notował
graniczne parametry układu krążenia pilotów. Jednak
determinacja nie pozwoliła im na poddanie się i "Nimbus" szybko
połykał kolejne setki kilometrów . Lecz gdy do mety pozostało
zaledwie 100 km drogę zagrodziły im rozległe chmury frontu
nasuwającego się znad Pacyfiku . Wydawało się , że 14-godzinny
wysiłek pójdzie na marne i trzeba będzie szukać ratunku na
odległym od gór lotnisku komunikacyjnym. Przebijanie się przez
bardzo rozbudowany system chmur wymaga szczególnych umiejętności
, te obaj piloci posiadali , ale szybowiec nie ma instalacji
przeciwoblodzeniowej i to już groziło nieszczęściem. Nie
było jednak wyjścia .Kończył się dzień i trzeba było
podjąć rzuconą przez los rękawicę. Jednak fenomen miejsca
zadziałał i gdy znaleźli się nad Lago Nahuel, jego
rozhuśtane wody posłały im przez szczelinę w chmurach
błyski - niczym latarnia zbawczego portu. Teraz 6000 m rezerwy
wysokości stało się zawadą i trzeba było ostro nurkować
, aby nie zamknęła się zbawcza luka w chmurach. Sebastian
jako pierwszy Polak przekroczył granicę 2000 km i tylko
jeszcze jeden pilot zdołał w minionym sezonie wykonać podobny
lot. Podczas kilkunastu dni pobytu nasz pilot zdołał wykonać
piękny 1000 -kilometrowy przelot o którym wspomniałem na
wstępie i poprawić kilka rekordów Polski . Pogodowa loteria
Z braku zgody na nocny lot i ambitną próbę dwudniowego lotu
, Sebastian z Jaean'em , postanowili podjąć próbę
poprawienia światowego rekordu prędkości na trasie docelowo -
powrotnej ponad 1500 km. Na krańcach Ameryki nie jest wiadomo co
i gdzie przyniosą wichry znad oceanu a Bariloche leży
w połowie obszaru najsilniejszych wiatrów. Toteż przed
startem pilotów zawsze gryzie dylemat wyboru kierunku trasy - czy
w danym dniu lecieć na północ ku wysokim górom, lub na
odwrót , ku Ziemi Ognistej. Klasyczna loteryjka z szansami
50/50 . Wybrali wariant północny .Okazało się jednak , że tym
razem pieniążek upadł nieodpowiednią stroną . Nocna pobudka ,
pośpieszne przygotowanie szybowca, nagranie planu lotu przez radio
na magnetofon kontrolerów, którzy niczym urzędnicy pojawiają
się tam w pracy dopiero po śniadaniu. Piloci , okutani
w ciuchy niczym Papanin na biegunie , pakują się do kabiny
w zaciszu drzew i hangaru, bo na starcie nie ma szans na
otwarcie kabiny. Siedząc w szybowcu podczas holowania na
start programują instrumenty nawigacyjne,oraz odczytują listę
kontrolną. Opowiada Sebastian: Zaczyna się już lato, ale góry
są białe a spodziewane są kolejne opady śniegu
i wiatr ponad 100 km/h. Synoptycy podpowiadają lot ku
północy , ku równikowi , w kierunku gór znanych mi
z mistrzostw w Chile. Od paru lat nie udało się tam
polecieć. Korzystna pogoda kończyła się zbyt wcześnie , ale za
pasmem wysokich Andów bywa czasem wspaniała fala z bardzo
silnymi wznoszeniami. Odpalam silnik i po chwili ważący
blisko 900 kg szybowiec zamienia się w miotany potwornymi
podmuchami pionowzlot. Za wiatrochronem przemykają pasemka
śniegu. Piloci skazani na samolot holujący z zazdrością
patrzą na nasze zmagania , bo w tych warunkach nie mogą
nawet nawet marzyć a zaprzęgnięciu "Muła Przestworzy" do
swych rydwanów , bo wiatr przewrócił by samolot zaraz po
wytoczeniu z hangaru. Wicher trzyma nas w miejscu , więc
nie musimy się bujać nad wzburzonymi wodami jeziora
z kapryśnym silnikiem za głową. Lot ku górom bez szans ,
więc dryfujemy do rotorów na północy i w ich podmuchach
nabieramy wysokości. Jednak wkrótce pojawił się problem. Wiatr
przekroczył 115 km/h a dla schowania silnika musimy zwolnić
do 85-90km/h , inaczej śmigło nie zatrzyma się. Przez chwilę
cofamy się spychani wiatrem , robiąc zakłady, czy wpierw
zatrzyma się silnik, czy wpadniemy w potężne duszenie
i tarapaty . Tym razem jednak "łopata" stanęła niemal od
razu w pionie, oszczędzając czasu na ustawienie jej za
pomocą hamulca. Udało się uciec od wściekłych prądów
opadających , które w parę sekund mogły nas wbić
w ziemię. Cała przestrzeń jest nasza ! Warto żyć
i poświęcić wiele dla takich chwil... Wschodzące słońce
złoci setki kilometrów bajkowych chmur . Na północy i południu
warunki są fantastyczne. Początek trasy cudowny. Pierwsze
pięćset kilometrów pokonujemy w noszeniach, które
sięgają czasem ponad 10m/s . Nasza prędkość względem ziemi
przekracza chwilami 400km/h ! Zabawa kończy się jednak po
minięciu wulkanu Demujo. Nawet z 7000 m widać jak dzika
i sucha jest ta okolica. Pozalewana potokami czarnej lawy
wygląda przerażająco. Jedyne miasteczko na tym pustkowiu,
Malarque, jest otoczone setkami kilometrów pustkowia.
Zastanawiające jest po co się tu ludzie osiedlili. Ale mają
asfaltowy pas startowy i nudzącego się kontrolera z którym
musimy rozmawiać, choć nie ma żadnego ruchu. Ten gość nie
stwarza nam jednak żadnych problemów i pozwala lecieć na
poziomie 270, czyli ponad 8000 m. W Europie jest to
niewyobrażalne. Jednak szczęście nie trwa długo. Wkrótce
urwały się wznoszenia falowe. Musimy wlecieć pomiędzy wysokie
szczyty w nadziei, że w osłoniętych dolinach
znajdziemy noszenie. Jest strasznie turbulentnie. Trzeba mocno
docisnąć pasy, by nie rozbić głową plexi. Poszarpane kominy
rzucają po 7m/s w górę i w dół, lecz wiatr 135km/h
robi swoje. Kusi mnie, aby przeprawić się na penetrowane podczas
mistrzostw chilijskie percie , lecz Jean , nawykły do wysokich
lotów , nie wyraził entuzjazmu dla perspektywy szorowania
skrzydłem po skalach. Tracimy cenny czas szamocąc się
w chmurach po zawietrznej. Fali nie ma i musimy wracać.
Dzięki przejrzystość powietrza obserwujemy z dali jak wiatr
uderzający w pola wzbija tony kurzu i nieco dalej porywa
je tysiące metrów w górę. Lecimy tam. Cały czas dusi !
Niespotykane... Zwykle fala nie miała więcej niż kilkanaście
kilometrów długości i po chwili lotu z wiatrem
docierało się do wznoszenia, a tu nic . Spadliśmy tak
nisko, że dalej tylko Buenos Aires! Odpalam silnik. Duszenie nie
ustępuje , wiatr silnie wstrzymuje , lecz powoli zbliżamy się
znów do górek. Niepokoję się, aby Jean nie zrejterował , bo
nie uśmiecha mi się nocowanie 600km od domu , na pustkowiu
i w towarzystwie skorpionów. W końcu pokonujemy
niewielką przełęcz i docieramy do rejonu, gdzie było ostatnie
zafalowanie. Jest! Unosi w górę 2-3 m/sek nad doliną
zalaną lawą , wyglądającą z góry jak rozlany wosk. Nie ma
już tak pięknych soczewek jak poprzednio, ale linia wznoszeń
zachowała się i powoli przemieszczamy się pod wiatr na
południe. Po zawietrznej stronie wulkanu Demujo, jak za każdym
samotnym szczytem, przestrzeń wypełniona jest chaosem
i turbulencją. Ale tym razem trafiamy na niewidoczną linię
fali. Prezent ten oszczędził nam sporo czasu i kłopotów.
Dolatujemy do niesamowitego pasma Cordilliera del Vento, które
generuje najpotężniejszą falę w okolicy. Zaczyna się
wyścig z czasem. Zachód słońca za 2 godziny a do domu
500km. Podchodzi front, który zaczął się przewalać przez
góry. Wiatr znacznie przekracza 100km/h, fala jest oddalona 60 km
od gór i dłuższa niż zwykle . Jej przebieg znaczą wały
rotorów i wstążka pierzastych soczewek. Koledzy na ziemi
obserwują zdjęcia satelitarne , podsłuchają w internecie
rozmowy radiowe z lotniskami. Doskonale wiedzą co się
dzieje. Obstawiają sukces, lub porażkę. Lecimy ponad 300 km/h
względem powietrza, lecz coraz silniejsza czołowa składowa
wiatru spowalnia lot do domu .Chapelco, najgłębiej
w górach, pierwsze znika w deszczu i śniegu.
Następne lotniska już zamknięte chmurami frontu. Zapala ,
bezpieczna pod rotorami na wschodzie. Nahuel - nasz cel - na skraju
zwartych chmur. Dopadamy "hydraulic jump" i jego regularne
wznoszenia pozwalają na pożeranie kilometrów. Rosną szanse na
dolot, aż w końcu wypada z wyliczeń, że zdążymy przed
zachodem. Lądujący w Bariloche samolot linii “Austral"
podaje nam informację o pogodzie dającą nadzieję na
nocowanie u siebie. Niestety. Gdy dolatujemy ciemna ściana
śniegu i deszczu pochłania jezioro i grodzi drogę do
lotniska. Wymrożony szybowiec uległ by natychmiast oblodzeniu,
toteż trzeba uciekać na wschód, na stare lądowisko Pilcaniyeu.
Podchodzimy o zachodzie słońca, wytracając 3000m zbędnej
już wysokości. Wyrównuję przed pasem na wysokości 300 m. Jean
sugeruje wykonanie niewielkiej rundki, ale niemal w tym samym
momencie potężne uderzenie rotoru ciska nas ku ziemi. Wysokość
topnieje błyskawicznie , lecz powietrze nie wniknie przecież pod
ziemię , toteż konsekwentnie nurkuję w dół. Duszenie
zostawia nas tuż przed lotniskiem i nagle na tle
szarzejącego tła zauważam jakieś białe kulki .To izolatory
linii elektrycznej ! Podciągnięty szybowiec mija na centymetry
przeszkodę i po chwili osiadamy wśród chaszczy
zapuszczonego pasa. Kiedy wysiadamy z szybowca nie ma ani kropli
deszczu. Huragan suszy wszystko po zawietrznej stronie gór .
Wychodzą gwiazdy i księżyc. Pochyleni, człapiemy mozolnie
w mroku w stronę miasteczka, pod wiatr, którego siłę
może dała by radę odtworzyć testująca silniki “Dakota".
Z przeciwka wyłaniają się dwie ciemne postacie
z długimi strzelbami... Na szczęście to tylko miejscowy
sierżant Garcia przyszedł sprawdzić co się stało. Choć ten
sezon falowy w Patagonii nie obfitował w dobre warunki,
bo nawet Klaus Ohlman , polujący tu od lat na rekordy, nie
zdołał przekroczyć bariery 2000 km , to kilkunastodniowy pobyt
pod Andami dał naszym pionierom moc cennych doświadczeń
i przeżyć. Latanie w tej krainie wichrów stawia przed
pilotami wysoką barierę . Po powrocie Sebastian stwierdził
:-Teraz już nic nie będzie jak dawniej...