Dla mężczyzn z pasją

Sebastian Kawa

Na lwy by
Na początku zimy Nicky i  Strilli Oppenheimer , zamożni właściciele kopalni diamentów, przysłali Sebastianowi bilet lotniczy, oraz zaproszenie na lotnisko w swoim rezerwacie przyrody, Tswalu, obejmującym południowe obrzeża pustyni Kalahari. Uhonorowali w ten sposób także kilku innych najwybitniejszych pilotów świata. Sympatia Oppenheimerów do szybownictwa bierze się stąd, iż ojciec pani Strilli, Helli Lasch, był jednym z entuzjastycznych pionierów tego pięknego sportu a swą pasję opłacił życiem. Tswalu to malownicza kraina, z obszarami zieleni i górskimi pejzażami. Leży blisko miejsc w których pośród grudek kimberlitu można potknąć się o przejrzysty kamyk wzbudzający emocje i pożądanie.
Afryka… Któż nie marzył w dzieciństwie, aby polecieć tam z bocianami. Nie ma drugiego miejsca na świecie , które tak oddziałuje na podświadomość człowieka. Z kolei dla szybownika propozycja wyjazdu zimą do krainy będącej rajem szybowników jest pokusą nie do odparcia, toteż Sebastian nie zwlekał długo z odpowiedzią.

Wiele się zmieniło.
To zaproszenie świadczy jak wiele się zmieniło tam i u nas. W 1978 roku szybowcowe mistrzostwa świata zorganizowano w Chateauroux we Francji. Mieliśmy wtedy świetnie przygotowaną i wyposażoną reprezentację, a gdy ekipa zaczęła się pakować do wyjazdu z sowieckiej ambasady przyszedł ukaz o odwołaniu wyjazdu , bo... w mistrzostwach miał brać udział pilot z Południowej Afryki. Straciliśmy szanse na medale i mnóstwo cennych wówczas dewiz. Ideologia nie przeszkodziła natomiast wschodnim braciom w wysłaniu swoich komandosów na mistrzostwa spadochronowe, w których również startowali przedstawiciele RPA, ale tam to radziecka ekipa zbierała medale. Wiele zmieniło się też w RPA. Starą afrykanerską nazwę Johannesburga wypiera nowe imię metropolii - Joburg. Położone w prazagłębieniu terenu, bogatym w cenne minerały, ma się czym pochwalić. Bogate centrum imponuje. Nie jest już enklawą białych. Osiedla czarnoskórych robotników zastąpiły częściowo bogate domy afrykańskich elit, ale nadal istnieje spory obszar biedy, a miasta obrastają kolejnymi skupiskami bud.

Afryka przy szosie
Następny dzień to długa jazda przez interior. Opowiada Sebastian. Dotarliśmy do zakładów lotniczych w Kuruman, gdzie mimo niedzieli przywitała nas duża grupa pracowników. Miłe wrażenia sprawiał wzorowa organizacja pracy, oraz równy rządek szybowców JS1 Revelation oddanych do naszej dyspozycji. Stąd jeszcze siedmiogodzinna podróż pięknymi drogami przez okolicę przypominającą wielkopolskie pola. Wszędzie pastwiska, ale można spotkać też dzikie zwierzęta, które podchodzą w pobliże dróg nie przejmując się ruchem . W tym roku było tu ogromnie dużo opadów, toteż niczym w powiedzeniu o pechu, podczas powodzi w tych pół-pustynnych obszarach straciło życie ponad 500 osób . Tam gdzie normalnie jest pustynia z kępkami wysuszonych traw i kolczastymi, podsychającymi, krzewami , a latami nie spadnie kropla deszczu, teraz było pełno oczek wodnych, oraz małych jeziorek . Zieleń rozciągała się po horyzont w stronę Botswany i Namibii i  w żaden sposób nie przypominała znanych obrazów Kalahari.

W klatce z lwami
Okazało się, że nasz rezerwat jest otoczony płotem, a lotnisko jest położone wewnątrz niego i także jest okolone płotem, bo położone jest w części w której są lwy. Płot nie wygląda bardzo solidnie. Poinstruowano nas ,że wjazd do rezerwatu wymaga aby jeden z pasażerów wysiadł z samochodu rozejrzał się dokładnie dookoła, czy nie widać lwów i szybko zamknął bramę po wjeździe do środka. Podobnie jest przy wewnętrznej bramie, wiodącej już do samego lotniska, ale tu trzeba się rozejrzeć zanim wysiądzie się z samochodu. Początkowo nas to trochę bawiło, lecz gdy zaraz na początku lwy uwięziły przed bramą cysternę wiozącą nam wodę, każdy na kogo padła rola otwierającego bramę nerwowo przestępował z nogi na nogę poganiając samochody do szybkiej jazdy. Tym bardziej, że nawet przy bramie są wysokie krzaki i drzewa zasłaniające widok. Nabraliśmy wkrótce pewności ,że nie tylko ze względu na roślinność i liczne przeszkody terenowe nie można tu sobie pozwolić na lądowanie przed lotniskiem.

Loty pod Krzyżem Południa
Gdy podmuch oceanu, lub obszarów chłodniejszych odświeży powietrze nad rozgrzanym kontynentem, atmosfera ukazuje swój potężny potencjał. W obszarach frontowych tworzą się gigantyczne burze a po ich przejściu atmosfera kipi prądami termicznymi, które w gorących krainach formują mocne kominy wynoszące ptaki i szybowce na wysokości przekraczające 5000m. W suchych obszarach są one widoczne, bo wirując jak małe tornada porywają z ziemi piach, trawę, lekkie przedmioty. Gdy umiarkowany wiatr uporządkuje takie wznoszenia w rzędy, tworzą się podniebne szlaki po których / bez silników/ można mknąć z dużymi prędkościami przez bezkresne przestrzenie. Podczas wysokiego lotu spłaszcza się obraz ziemi, zanikają szczegóły jej rzeźby i nawet niegościnne obszary wydają się przyjaznym kobiercem. Poprawia się też komfort pilota, bo wzrasta zasięg szybowca, a to zwiększa możliwości wyszukania kolejnego wznoszenia, oraz szanse ominięcia szczególnie nieprzyjaznych obszarów, lub ucieczki w razie zagrożenia. Dla takich warunków przylatują do Afryki i  Australii gromady zamożniejszych szybowników. Jednak ze względu na nietypową aurę Sebastian rzadko miał okazję do takich uciech a raczej doświadczał innych, mocnych, emocji. Ze względu na anomalie pogodowe i wyjątkową wilgotność powietrza warunki meteorologiczne były dość kapryśne, więc pilot otwierający rano kolejkę lotów miał trudne zadanie. Wspomina on.

Dziś mnie przypadła rola sondy. Holowano nas są w pobliżu lotniska do wysokości 300m, toteż wyczepiłem się gdy tylko holujący mnie samolot przeleciał przez pierwszy mocniejszy podmuch ciepłego powietrza. Nie zawiodłem się. Początkowo dość łatwo wznosiłem się w porannym kominie, ale niestety, tu gdzie zwykle są łatwo nagrzewające się wydmy, teraz zielenią się podmokłe łąki, toteż komin wytracił energię już na 500 metrach. Trzeba było poszukać lepszego wznoszenia. Piękna chmura nad górką na wschód od pasa wyglądała zachęcająco, dlatego poleciałem w jej kierunku. Gdy tam doleciałem straciłem w locie ślizgowym sporo wysokości. Znalazłem się na 200m, tuż nad szczytem wzniesienia, zmuszając gromadę baboonów /małp / do porzucenia swych normalnych zajęć i czujnego wpatrywania się w niebo, na dziwnego orła. Spodziewanego wznoszenia nie było. Znajdowałem się nad samym środkiem obszaru pilnowanego przez 43 lwy, a kilka z nich widziałem już dość wyraźnie, toteż bardzo szybko odeszła mnie ochota na sondowanie minimalnej wysokości z której może odrodzić się afrykański komin. Mocno ściskając drążek sterowy spłynąłem jak najszybciej nad wierzchołkami drzew w kierunku pasa, drżąc by przypadkowy podmuch opadającego powietrza nie wcisnął mnie między te parasolowate akacje.

W kolejnym dniu pogoda również była do d… Podstawa początkowo 900m po południu podniosła się do 1200m. To zaledwie kilka minut lotu jeśli nie trafi się na następne wznoszenie, a podczas lotu na małej wysokości nie trzeba wysilać wyobraźni aby dostrzec zagrożenia czyhające na niegościnnych obszarach. Ale przyleciałem tu aby latać. Postanowiłem polecieć do Namibii i z powrotem. W sumie 400 km. Na całym tym odcinku jest tylko jedno lądowisko, na samej granicy. Świadomość, że w  każdej chwili można się rozbić wśród chaszczy nieprzyjaznego, bezkresnego, pełnego przykrych niespodzianek pustkowia sprawiało, że każde wyjście z komina odczuwało się jak skok w groźną ,nieznaną, przestrzeń, a wzrok niespokojnie wypatrywał na niebie i niegościnnej ziemi symptomów następnego zbawczego wznoszenia. Zaleciałem i wróciłem -trzęsąc niemal cały czas portkami ze strachu,

Pilotów ulokowano w komfortowo wyposażonych domkach, wzorowanych na afrykańskich chatach, które posadowiono wewnątrz rezerwatu. Mieli więc niesamowita okazję do bezpośredniego obcowania z dziką przyrodą Afryki. W rezerwacie można było nawet wypatrzeć drapieżniki polujące na swe ofiary, a nocami różne zwierzęta przybywały w otoczenie chat, aby napić się wody kapiącej z klimatyzatorów.

Lwy i wielkie drapieżniki kompletnie nie przejmują się samochodami. Nawet otwarte terenówki traktują jako wielkie, niezbyt strawne , niegroźne zwierzęta. Byle tylko nie wychylać się poza obrys głównej bryły. Mimo wszystko gdy spotkasz się taką bestią wpatrującą się w ciebie swymi przerażającymi ślepiami zawsze kołata się pod czaszką pytanie:
-Skoczy, czy nie skoczy?
Na wszelki wypadek w każdym samochodzie jest solidny sztucer, a gdy trzeba gdzieś zejść między krzaki, sztucer nigdy nie zostaje w wozie. Inne zwierzęta udają, że ich nie widać, a  jeśli coś im się nie spodoba, rzucają się do nieśpiesznej ucieczki. W cieniu akacji wiele z nich jest tak zamaskowanych, że nie ruszają się nawet wtedy gdy stoją na wyciągnięcie ręki, ale trzeba udawać, że się ich nie obserwuje. Sympatyczne żyrafy kultywują życie familijne i jeśli czują się zagrożone skupiają się w krąg gotując dla intruza mocne kopniaki zadnimi kopytami. Najbardziej nieprzewidywalne są nosoróżce, choć mimo swej potęgi z reguły nie szukają konfrontacji i stosują taktykę Zagłoby. Bardzo ciekawskie są natomiast wiewiórki i surykatki. Wcale nie boją się ludzi, ale roznoszą wściekliznę , więc należy unikać kontaktu.

Tomasz Kawa


Galeria

O podróżniku

Sebastian Kawa

Sebastian Kawa

mistrz świata w szybownictwie

więcej »

Zobacz także