Byliśmy w drodze na przełęcz między wierzchołkiem środkowym a głównym, kiedy na przełęczy zobaczyliśmy dwójkę Francuzów - Erika Escoffier i Pascala Bessier. Kiedy dotarliśmy na przełęcz, oni zniknęli bez śladu. Wycofaliśmy się zszokowani tą tragedią. Nie wiemy, kiedy i gdzie spadli. Żadnych śladów upadku. W drodze powrotnej, poniżej obozu 2 wpiąłem się w starą linę poręczową, która pękła (byłem sam, mój partner schodził znacznie później), i poleciałem po stoku. Po kilkuset metrach zatrzymałem się cudem na wysepce kamieni, jakieś 50-100 metrów przed przepaścią. Na szczęście nie złamałem nogi, tylko żebra. Po sześciu godzinach dowlokłem się do niedalekiego obozu 1. Sprowadzili mnie koledzy, którzy dzięki walkie-talkie wiedzieli o moim wypadku. Rok później, wspinając się wraz z Koreańczykiem Parkiem, musieliśmy zawrócić, bo idący samotnie uczestnik wyprawy koreańskiej spadł z trawersu ponad obozem 2, w okolicznościach podobnych do moich, ale miał mniej szczęścia. Zginął. W trakcie podejścia był sam i nikt nie widział jego upadku. W 2005 roku zawróciłem z Rocky Summit i wróciłem do mojego partnera Artura Hajzera, który również się wycofywał. W chwilę później spadł na drodze z przełęczy między wierzchołkiem środkowym a głównym i złamał nogę. Dzięki pomocy moich kolegów z wyprawy i innych wspinaczy, Artur po trzydniowej akcji został sprowadzony do bazy. Rok później, na tej samej przełęczy spotkaliśmy wyczerpanego uczestnika wyprawy austriackiej, którego sprowadził Piotr Morawski, a ja i Peter Hamor mieliśmy smutny obowiązek pochować jego partnera, który zmarł pod szczytem. Można wpaść w kompleksy, prawda?
Które partie Broad Peak uznałbyś za najbardziej niebezpieczne?
- Dla mnie Broad Peak ma wiele niebezpiecznych miejsc, bo jest ciągle stromy od podstawy po przełęcz. Według mnie, najmniej niebezpieczna część to dolna część kuluary prowadzącego na przełęcz między wierzchołkiem środkowym a głównym, bo poniżej jest sporo mniej stromych pól śnieżnych, gdzie można się, przy dużej dozie szczęścia, zatrzymać, czego doświadczyli w 2005 roku Martin Gablik (Słowacja) i Kamil Bortel (Czechy).
Które decyzje okazały się najbardziej niebezpieczne?
- Według mnie najbardziej niebezpieczna decyzja to świadome rozstanie się partnerów. Dziękuję Bogu, że w 2005 roku zabrał mi śmiałość i nie poszedłem dalej na główny wierzchołek, bo nie mógłbym pomagać Arturowi Hajzerowi po jego wypadku. Co prawda, byli tam inni wspinacze, ale gdyby ich nie było, strach pomyśleć. Niestety w górach tak często bywa i trudno za podobne decyzje winić wszystkich, bo przeważnie nic się nie dzieje, ale jak już zacznie, skutki mogą być tragiczne.
Jak powinien zachować się wspinacz w momencie, kiedy znika partner wyprawy?
- Nie mam idealnej recepty na to, co robić, gdy partner zniknie. Wszystko, co się potem dzieje, jest w ogromnej mierze zależne od okoliczności. Ale jedno jest pewne. Szukać trzeba od razu. To wiedzą wszyscy. Ale jest coś takiego w ludzkiej naturze, że nigdy nie dopuszczamy do siebie myśli o wypadku. Myślimy optymistycznie i to dobrze. Z drugiej strony jest w nas instynkt i zakodowana w najważniejszym kanonie wspinania troska o partnera.
Czy możliwe jest uratowanie wspinacza, który zaginął na wysokości powyżej 8000 m?
- Można uratować wspinacza, który uległ wypadkowi wysoko, ale to jest bardzo trudne i wymaga pracy kilku osób, współpracy poszkodowanego i szczęścia do pogody. Nam się to udało w 2005 roku, ale mieliśmy bardzo dużo szczęścia.
Jakiej pomocy należy udzielić w pierwszej kolejności?
- Ja mam ze sobą apteczkę z bardzo mocnymi środkami, jak dexamethason czy adrenalina. Ale nie sposób mieć wszystkich medykamentów ze sobą, więc jeśli uda się skutecznie udzielić pierwszej pomocy, często jest to dzieło przypadku lub szczęścia.
Jak powinni zachowywać się wspinacze, by uniknąć zagrożenia?
- Nie mam recepty na uniknięcie wypadku w górach, a na Broad Peaku w szczególności. Chyba tak, jak w innych wysokich górach - uważać i trzymać się razem.
Jaki jest Twój kodeks etyczny w górach?
- Ja jestem wychowany na starej szkole wspinania. Dla mnie wspinanie jest zawsze związane z dobrym partnerstwem. Zresztą według mnie, nie ma osobnego kodeksu etycznego w górach. Stosuje się taki sam kodeks jak w normalnym życiu, tylko jego wykonanie jest bardziej rygorystyczne i trudniejsze. Ale uważam, że człowiek ma pełne prawo do tego, by świadomie zrezygnował z partnerstwa, wspinając się samemu. Odpowiada wtedy tylko za siebie. Zresztą wielu wybitnych alpinistów nie ma w sobie postawy opiekuna spolegliwego wobec partnera i dlatego wspinają się samemu. Są uczciwi.
Czy uważasz, że te zasady są podzielane przez alpinistów młodego pokolenia?
- Jest taki stereotyp, że teraz nie ma już alpinistów młodego pokolenia, którzy dochowują wierność starym ideałom alpinizmu. Nic bardziej błędnego. Są i to dobrze. Znam takich. Generalnie uważam, że zachowania nieetyczne nie są spowodowane górami wysokimi, bo to jest tylko dobre usprawiedliwienie, lecz są cechą charakteru człowieka. Ludzie zachowujący się nieetycznie w normalnym życiu, mają takie same tendencje w górach wysokich.
Jakie są Twoje odczucia związane z ostatnią wyprawą na Annapurnę?
- Jak się czuję po Annapurnie? Źle. Zrobiłem najtrudniejszą drogę w Himalajach w moim życiu i nie wystarczyło to, by wejść na wierzchołek. Co jeszcze mogę zrobić? Mam z tym problem. Ta frustracja nie chce mi przejść. Pewnie w przyszłości jeszcze spróbuję, ale teraz nie myślę o tym.
Jak radzą sobie w tej chwili Twoi koledzy zdobywający Gasherbrumy i kiedy do nich dołączysz?
Dos Pedros weszli właśnie na G2, ale są zmęczeni całym sezonem i dalsza część Trylogii stoi pod znakiem zapytania. Jestem więc zawieszony w próżni i o wszystkim zadecydujemy, kiedy wrócą z trawersu Gasherbrumów.