Dla mężczyzn z pasją

Piotr Pustelnik

Peregrynacje nepalskie, czyli jak szybko dostać się pod górę

Każda wyprawa w Himalaje zaczyna się od wizyty w stolicy Nepalu. Tu załatwiane są wszystkie formalności. Stąd rusza cała ekipa i bagaż. Tu odreagowuje się po nerwowych dniach poprzedzających wyjazd. Trzy następne dni to gorączkowe bieganie całej ekipy po urzędach i sklepach. Trzeba dokupić żywność, liny, brakujący sprzęt. Załatwić odbiór bagażu przywiezionego z Polski. Zapłacić za wyprawę. Odbyć odprawę w Ministerstwie Turystyki. Po trzech dniach, zmęczeni do bólu, ruszamy. Najpierw 12 godzin autobusem do Pokhary a potem dalej w kierunku doliny Modi Khola. Parkujemy przy drewnianych ruderach, które tutaj są lokalnymi jadłodajniami i sklepikami. Stąd pójdziemy piechotą wzdłuż i w głąb przepięknej doliny Modi Khola. Na jej końcu jest Sanktuarium Annapurny z południową ścianą Annapurny 1 (8089 m) na czele. Wędrówka do Sanktuarium Annapurny uznawana jest w przewodnikach turystycznych za jeden z najpiękniejszych trekkingów w Himalajach. Do treku startujemy z wysokości około 600 m, więc upał daje się we znaki. Trzeciego dnia treku docieramy do małej kapliczki buddyjskiej. Powyżej czortenu zaczyna zmieniać się klimat i pogoda. Deszcz zastępuje mokry śnieg, mgły zasłaniają krajobraz. To znak, że zbliżamy się do Sanktuarium.

W ścianie, czyli jak ujarzmić trudności bez względu na warunki

Od trzech tygodni pracowicie nosimy kolejne elementy wyposażenia z bazy wysuniętej pod ścianą do góry. Pomagają nam w tym dwaj Szerpowie, uczestnicy wielu wypraw everestowskich. Idzie dość dobrze, choć zaliczyliśmy już spektakularną wpadkę. Zostawiliśmy namioty na początku stromego, śnieżnego żebra prowadzącego do obozu 1 i tyle je widzieliśmy. Po obfitych opadach śniegu teren zmienił się nie do poznania i mimo wielogodzinnych prac "górniczych", namioty zniknęły jak sen złoty. Efektem tej wpadki był dramatyczny apel do Szerpów znajdujących się w bazie wysuniętej. Odpowiedzieli natychmiast wychodząc w innymi namiotami, dzięki czemu nie zaliczyliśmy nieplanowanego biwaku pod gołym niebem. Dwa dni później w fatalnej pogodzie nie znaleźliśmy miejsca na obóz 1, choć było odległe o przysłowiowy rzut beretem. Na tym limit pomyłek się wyczerpał i praca nad ubezpieczaniem drogi Bonningtona szła już pełną parą. Pogoda była bardzo ustabilizowana. W końcu trzeciego, wielodniowego poręczowania drogi wyszliśmy pod spiętrzenie południowej ściany. Tam pod dużym serakiem rozbiliśmy dwa małe namioty obozu drugiego. Byliśmy na wysokości 7000 m. Przed nami pozostał tylko jeden, ale za to kluczowy odcinek drogi - osławiony "crux", czyli mikstowa śnieżno-skalna 120 metrowa i pionowa ściana o ekstremalnych jak na te wysokości trudnościach. Budziła respekt i pokorę.

Z nadzieją na szczyt, czyli o słabościach i żalu

Choroba Słowaka zmusiła nas do zmiany składu grupy, która atakowała wierzchołek. Dołączył do nas młodszy z Szerpów, Rita Dorje. Rano, niespiesznie opuszczamy obóz 2. W plecakach namiot, liny, jedzenie na dwa-trzy dni, śpiwory i inne niezbędne do przeżycia rzeczy. W sumie po kilkanaście kilogramów na osobę. To bardzo dużo jak na tę wysokość i trudności drogi. Wolno, za wolno jak na nas dochodzimy do "cruxa". Pada obficie śnieg i ścianą płyną już pierwsze lawiny. Mimo tego niezmordowany Piotr prowadzi w trudnościach. Niemal o zmierzchu Piotr melduje, że jest w łatwiejszym terenie, ale dalej jest stromo i nie ma miejsca na obóz trzeci. Cała czteroosobowa ekipa zbiera się na ostatnim stanowisku. Zapada decyzja: "Idziemy wyżej, ale jak nie będzie miejsca na namiot, to wracamy". Miejsca nie było, wróciliśmy. Zmęczeni, źli i pełni obaw o następną próbę. Ale podjęliśmy wyzwanie. Po dniu przerwy, rankiem 17-go maja skrzykujemy się do wyjścia. I tu pierwsze osłabienie. Marcin i Rita źle się czują i rezygnują z dalszej wspinaczki. My ruszamy. Piotr idzie przede mną i oddala się z każdym metrem. Wyraźnie i dobitnie czuję, że nogi nie niosą mnie tak, jak powinny. Po prostu idzie mi się źle, coraz gorzej. W końcu staję. Jem, piję, mobilizuję się. Wszystko na nic. Moje paliwo w organizmie skończyło się. Zawiadamiam Piotra. Jest podłamany. Ma siłę i może iść, ale sam nie da rady. Też musi wrócić. Nam obu z żalu i goryczy łzy płyną po twarzach. Ale logika wspinania jest nieubłagana. Zespół musi wrócić w całości. Tyle pracy, determinacji i zaangażowania, a taki koniec. Żadne pocieszenie nie może w takiej chwili trafić do naszej świadomości. Za kilka dni inaczej spojrzymy na ten finał, ale nie teraz. Teraz schodzimy, nie oglądając się za siebie. Za parę dni opuszczamy bazę z żalem w sercach i nadzieją na przyszły rok. I choć dalej nie wiem, co zrobię w przyszłym roku, wiem, że pod Annapurnę warto wrócić. Nawet, jeśli będę tylko patrzył na sukcesy innych.

O podróżniku

Piotr Pustelnik

Piotr Pustelnik

zdobywca Korony Himalajów

więcej »

Zobacz także