6 lipca 2010
Moje opony nie nadają się na przeprawę tym szlakiem.
Najwyraźniej chyba są za delikatne na te warunki, choć
i tak dałem najmocniejsze. Marek Kamiński kiedy przeprawiał
się przez tę część pustyni, jak mi powiedział, miał opony
jak w motorze. Ja wybrałem bardziej rowerowe. Kiedy podobną
konstrukcją wózka przeprawiałem się przez góry Mackenzie, w
ciągu 24 dni złapałem tylko jedną "gumę". Tu w ciągu
dwóch dni kilka. Taka subtelna różnica.
Zakładając gładkie opony, które lepiej poradzą sobie
z piachem nie doceniłem spinifexu. Być może to było nie do
końca dobre posunięcie, że skupiłem się na piasku zapominając
o ostrej trawie, która rośnie zawsze na środku ścieżki.
Rozstaw kół w wózku jest taki, ze jedno koło zawsze jest
na spinifexie, a tym samym wózek się kołysze
i nachodzi na ostrą jak brzytwa trawę. Ta z kolei po
paru minutach wbija się w oponę przebijając ją aż do
dętki. Z ciągłymi naprawami po 6 dniach zabrakłoby
mi łatek. O dętkach nawet nie wspominam.
W życiu jak i również na takich wyprawach jest tak, że
trzeba szukać rozwiązań. Zastanawiałem się więc co
zrobić.
Przez 7 dni kiedy rozstawiałem wodę i 2 dni kiedy
maszerowałem nie spotkałem żadnego człowieka ani nie minąłem
żadnego auta. Ale każdy z nas ma szczęście chociaż raz
w życiu. Dla mnie pojawiło się w nocy, kiedy
reflektory terenowego Nissana rozświetliły pustynię. Miejscowi
jechali do Newman. Kiedy zobaczyli mnie łatającego dętki
zatrzymali się, pomogli napompować koło, pogadaliśmy
i pojechali dalej. Następnego dnia kiedy wstałem,
zobaczyłem, że znów ubyło powietrza w dętce. Ręce mi
opadły, ale zabrałem się do naprawy. Po ok. 2 godzinach znów
ujrzałem znajomego nissana. Okazało się, że ci ludzie nocowali
jakieś 3 km od mojego namiotu. Moja sytuacja nie dawała im
spokoju -tak mi później powiedział Steve. Namówili mnie na
powrót.
Nie zastanawiałem się długo, bo do Newman z tego miejsca
było jakieś 630 km. Z plecakiem, zapasem wody, sam, nie
dałbym rady. Najbliższa i jedyna studnia w tym regionie
jest dopiero ok. 200km stąd - Georgia Bore.
Spakowałem więc plecak i sprzęt wrzucając wszystko na dach
samochodu. Sam tez zakotwiczyłem na dachu i wyruszyliśmy
w stronę Cotton Creek. W Newman był jeszcze Bogusław
Stańczyk. Utwierdził mnie, że podjąłem trafną decyzję. "W
życiu trzeba umieć podejmować decyzje - ty podjąłeś
właściwą. Tam nikt się raczej nie zapuszcza jak widziałeś.
Musisz rozważyć inna trasę lub naprawić wózek, zrobić inny
rozstaw kół" - powiedział. Byłem rozbity, bo na tym szlaku
miałem wszystko przygotowane, zarówno wodę jak
i żywność.
Siedziałem w nocy i myślałem, czy podjąłem
właściwą decyzję. Ten kto tu nigdy nie był nie zdaje sobie
sprawy, co to za trawa i jak to wszystko wygląda. Bogusław
widział, dlatego przekonał mnie, że dobrze zrobiłem. Obrałem
więc szlak południowy, bo pustynia posiada 2 trakty - właśnie
południowy i ten, którym poruszałem się
wcześniej-północny. Podwieziono mnie do miejscowości
Meekatharra, z której wyruszam do Wiluny, a póżniej
chcę się dostać na południową część pustyni Gibsona
i wędrować najpierw do Carnegie Station a potem do
Warburton. Everard Junction, to miejsce gdzie krzyżują się
szlaki. Dalej od tego rozwidlenia mam w dwóch punktach
rozstawioną wodę, więc powinno być bezpiecznie. Na wysokości
Wiluna - Carnegie Station muszę skorzystać z pomocy
zewnątrz jeśli chodzi o transport wody, bo nie ma tam
żadnej studni.
Pogoda w tym rejonie jest dość dla mnie sprzyjająca.
W dzień ok. 25 stopni, ale noce są zimne. Zakładam więc
spodnie polarowe i polar do spania. Bo lodowaty wiatr
przeszywa dość mocno. Ale też orzeźwia.
Obecnie wyruszyłem z Meekatharra w stronę Wiluny. No
cóż, nie ukrywam, że ta sytuacja trochę mnie rozstroiła, ale
cóż... prawdziwej przygody nigdy się nie zaplanuje do końca, Na
tym polega właśnie jej magia..
03.07.2010
Nie zdążyłem dobrze zacząć przeprawy przez pustynię
a już zaczęły się problemy.Wspominałem przeklętą trawę
spinifex - tu naprawdę nie ma żartów. Jest tak ostra
i kłująca, że w ciągu godziny przebiła mi koło 3
razy!. Nie nadążałem naprawiać i pompować. Kompletna
porażka i niemoc. I tak kilka razy. Musiałem
zdecydować co dalej, bo w takim tempie z naprawami co
godzinę nie jestem w stanie przejechać zakładanej ilości
kilometrów. Postanowiłem zawrócić do Cotton Creek
a pomogli mi w tym przejeżdżający właśnie Aborygeni.
Zobaczę, czy nie będę musiał wrócić aż do Newman, aby
zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy żeby pokonać
spinifex!
Trzymajcie kciuki.
Pozdrawiam
Marcin na szlaku
30.06.2010
Od jutra czyli 1 lipca rozpoczynam przejście Pustyni Gibsona
szlakiem Canning Stock Route na wysokości Lake
Disappointment.
Trasa będzie wiodła wzdłuż Talawana Track do Windy Corner
- podobnym szlakiem szedł Marek Kamiński wraz
z podróżnikami z Holandii. Tyle ze oni wystartowali
z Lake Disappointment i kierowali się w stronę
Alice Springs. Ja najpierw obiorę prosto kurs
w kierunku Windy Corner a później w kierunku
Warburton. Stamtąd będę zmierzał rowerem do Uluru. Do
przejścia mam 600 km. Obliczam, że dziennie będę pokonywał 30
km. Może powinienem powiedzieć, że taki dzienny dystans
chciałbym przejść, a ile zdołam, kolejne dni
pokażą...
Woda zgodnie z planem została rozstawiona przez Bogusława
Stańczyka co ok. 100km. Miejsce zaznaczone jest różową
wstążką i mam spisaną pozycję GPS. Beczki i kanistry
zasypane są na głębokości pół metra w ziemi. Jeśli
tylko dzikie wielbłądy lub inne stworzenia jej nie odnajdą,
będę spokojny. Bo woda to życie. I tu na pustyni to zdanie
nabiera szczególnie poważnego charakteru.
Nadal mam bardzo poważne problemy z dłonią, nie wróciło
mi czucie w dwóch palcach. To bardzo dokuczliwe
i stresujące, bo w razie nieprzewidzianej awarii
sprzętu.. aż strach pomyśleć.
Pogoda na pustyni bardzo zmienna. W dzień ciepło,
natomiast dziś szczególnie dokuczliwy był lodowaty wiatr,
taki, że w nocy założyłem polar i czapkę.
U stóp Pustyni Gibsona
Marcin Gienieczko
28.06.2010
Dziś wtorek. Drugi dzień spędzony na nieprzyjaznej ziemi Pustyni
Gibsona. Wyruszyliśmy z samego rana z Bogusławem
Stańczykiem, który przyleciał specjalnie z Sydney, aby
pomóc mi rozwieść i pozostawić wodę na pustyni.
Załadowaliśmy naszą toyotę (hm...to jednak nie mercedes, ale
sprawuje się całkiem dobrze w tych ciężkich warunkach),
zapakowaliśmy kanistry z wodą, beczki i ruszyliśmy.
Pierwszego dnia przejechaliśmy jakieś 400km, zakopując beczki
z wodą i oznaczając je tak, abym idąc mógł je
odnaleźć. Bez wody nie przeżyję w tym upale, więc to moje
być albo nie być.
Dziś jesteśmy w połowie drogi do Windy Corner. Jak okiem
sięgnąć tylko skały, ostre kamienie, piasek
i wszędobylska pustynna kłująca trawa spinifex. Bardzo
trudny teren. I upał zwalający z nóg. Taki krajobraz
czeka mnie przez kilkadziesiąt najbliższych dni.
Pozdrawiam.
Marcin. Pustynia Gibsona
23/06/10
Pierwszy etap zakończony sukcesem!
Po przejechaniu 2136 km (24 dni)dojechałem do miasteczka Newman w Zachodniej Australii. Ostatnie dni były dla mnie bardzo trudne, byłem tak spragniony zakończenia tego etapu, że pedałowałem po 125 km dziennie, co przy obciążeniu roweru, uważam za całkiem niezły wynik. Klimat w Newman nieco się zmienił- temperatura 29 stopni. Na pustyni 4 stopni więcej.
Nadal mam poważne problemy z lewą ręką- okolice łokcia. Nie mogę jej rozprostować. Myślę, że to od stałego trzymania kierownicy i napięcia mięśni. Miałem dużo podjazdów, więc pewnie przyczyniło się to do mojego stanu. Mam nadzieję tylko, że to nie problemy z kręgosłupem.
W Newman będę być może 5-6 dni, więc mam szansę odpocząć i zregenerować siły. I przede wszystkim przygotować logistycznie przeprawę przez Pustynię Gibsona. Wieczorem z Sydney przyleci do mnie Bogusław Stańczyk z Orbis Express Travel - jeden z moich sponsorów, ale przede wszystkim życzliwy człowiek, który sam kocha przygodę - przemierzał Pustynię Simpsona w Australii i Afrykę. Mamy zamiar wynająć auto terenowe i od Lake Disappointment rozstawić w kilku miejscach wodę. Szukam teraz właściwych pojemników oraz staram się zdobyć jak najwięcej informacji o szlaku od tubylców.
Postanowiłem, że część szlaku przemierzę pieszo, a część, jeśli się uda, rowerem - będzie szybciej. Prawdopodobnie będzie to ostania część od Windy Corner do Warburton - środek Pustyni Gibsona. Wcześniej jest tylko piasek i dużo skał, a mój rower nie pokona takich wydm. Poza tym jest trawa Spinifex z ostrymi jak igły liśćmi. Potrafi poważnie skaleczyć, a jej nasiona skutecznie zapychają chłodnice aut przemierzających te tereny. Ostatnio jadący samochód z Canning Stock Route spalił się - pożar z powodu przegrzania. Trzeba na to uważać, studzić auto, bo jeśli nastąpi awaria, to po przygodzie.
Do Cotton Creek będę jechał rowerem - to również część etapu pierwszego - 430km. Później już tylko bezdroża Australii do Warburton.
Przeznaczam na to cały lipiec, najwłaściwszy czas na pokonywanie pustyni. Staram się nie planować dokładnie terminów, bo ta ziemia takich nie lubi. To dzika natura i wszystko może się zdarzyć. Ostatnio w buszu był pożar i ekipa, która chciała przemierzyć Talawana Track - ten, którym i ja zamierzam się przemieszczać, musiała zawrócić - zmusił ich do tego palący się busz. W Australii pożary to powszechna sprawa..
Być może więc będę musiał skrócić drogę ze względu na takie przeszkody, dlatego nie planuję niczego. Najważniejsze to powrócić cało i zdrowo - to juz jest cel sam w sobie.
Kolejna historia, którą usłyszałem dziś, a która zmroziła mi żyły, miała miejsce miesiąc temu. Grupa niemieckich podróżników zginęła na pustyni - ugrzęzła w piachach. Opuścili samochód i oddalili się od niego próbując dotrzeć do cywilizacji. Wysłany na pomoc helikopter znalazł ich po paru dniach. Niestety nie żyli - wyczerpani i odwodnieni zmarli w spiekocie słońca. To właśnie pustynia - najbardziej nieprzyjemne i nieprzyjazne miejsce na ziemi dla człowieka.
Dzisiaj odwiedziłem tutejszą Policję, z którą korespondowałem jeszcze przed wylotem z Polski. Odwiedziłem pracującego tu Shana Sadlera, który wspiera wyprawę - to do niego przesłałem wózek i część sprzętu wyprawowego. Bardzo życzliwa osoba. Powiadomił on też kolegów z policji w Warburton o mojej ekspedycji. Będą czuwać. Teraz czekam jeszcze na przesyłkę żywności z Sydney.
Newman jako miasteczko jest bardzo sympatyczne. Po tym, jak odkryto tu pokaźne zasoby rudy żelaza stał się dużym ośrodkiem górniczym. Wielu pracowników przylatuje na kontrakty z Perth, ale tylko zimą, kiedy temperatura oscyluje około 30 stopni, w przeciwieństwie do lata kiedy jest 50.
To tutaj też zaczyna się wiele ekspedycji pustynnych. Większość ekip wyprawowych zatrzymuje się przed podjęciem planu zdobycia Pustyni Gibsona by zaopatrzyć się w wodę i żywność.
Teraz sprawdzam wózek i analizuję mapy. Myślę też o żonie i o życiu. Jadąc tęskniłem najbardziej za zapachem trawy na Mazurach, tej w okolicy Rybicalu, o chłodzie marzyłem... marzy człowiek też o bliskości drugiej osoby, o naleśnikach z truskawkami...a w Polsce właśnie sezon na nie trwa..
Pozdrawiam wszystkich z Newman - Zachodnia Australia
Marcin
18/06/10
Dziś 18 czerwca. W dniu
swoich urodzin dotarłem do Port Hedland.
Ciężki to dla mnie czas, bo spędzony samotnie, z dala od
żony i rodziny, która jest dla mnie bardzo
ważna. To trudne chwile, trudne doświadczenie
dla człowieka w drodze, bo z jednej strony jest się
myślami tam, a z drugiej tu i walczy z demonami
własnych wyobrażeń.
Droga do Port Hedland to 590 km przeprawy wzdłuż Wielkiej
Pustyni Piaszczystej. Szczególnie gorąco było kolo
Sandfire. Tam powietrze wręcz stało, asfalt jakby parował na
drodze. Codzienność to kilka rozjechanych kangurów, czasem wąż
i inna zwierzyna, które padły ofiarą rozpędzonych
ciężarówek. Rozmawiałem 2 dni temu z tutejszymi
drogowcami, którzy stawiają znaki ostrzegawcze
i informujące o zagrożeniach na drodze. Przestrzegali
mnie szczególnie przed wężami, bo w razie takiego spotkania
telefon satelitarny na nic się zda. Takiego pechowca zabiera się
do Perth helikopterem aby podać surowicę. Albo się zdąży albo
nie. Węże są jak ciemna noc - mówią - trzeba palić ognisko,
to je trochę odstrasza.
Port Hedland, to może nie najładniejsze miasto, ale za to
pięknie położone, bo nad szerokimi plażami Oceanu Indyjskiego.
Jest to jeden z największych portów przeładunkowych rudy
żelaza na świecie. Klimat jest tu ekstremalny, dlatego co kilka
lat ten region nawiedzają cyklony, które niszczą wszystko na
swej drodze. Czerwony pył rudy żelaza zwiewany z hałd
i jadących pociągów wgryza się wszędzie. To tutaj jeździ
najdłuższy pociąg na świecie - 8 lokomotyw, 7353 długości
i tylko jeden maszynista. Trasę z kopalni rudy żelaza
w Newman do Port Hedland pokonuje w 10 godzin.
Dla mnie trasa z Port Hedland do Newman to ostatnia część I
rowerowego etapu. Pozostało jeszcze 460 km. Planuję dotrzeć tam
około 23 czerwca. Pozostanę kilka dni, aby dopracować
szczegóły i znaleźć najlepsze rozwiązanie na pokonanie
kolejnego etapu - Pustyni Gibsona. Mam dużo pokory
w sobie przed nadchodzącym wyzwaniem, czasem jest to strach
przed brakiem wody, czasem po prostu obawy przed nieznanym.
Z dużym respektem patrzyłem na Pustynię Piaszczystą, bo
jak mówią miejscowi Aborygeni - "tam na pustyni mieszka tylko
diabeł"...
W Port Hedland jest trochę chłodniej, to wpływ oceanu. Ten
zbawienny powiew, odświeża ciało i umysł. Dla mnie
w tej wyprawie tak jak wcześniej istnieje świt
i zmierzch. O 5 wieczorem juz zaczyna się ściemniać,
a o 5.40 jest już noc czarna jak smoła. Taka
monotonia.
Cały czas napieram, robię mało zdjęć filmowych, bo
patrzę tylko na licznik. Jestem ogarnięty szaleństwem
pedałowania i pokonywania kolejnych kilometrów. Wszystko
byle szybciej i bliżej do celu.
Dzisiaj z racji moich urodzin trochę odpocznę, ale jutro
znowu w drogę. A droga tutaj ciągnie sie jak
wąż, jak prosta strzała aż po horyzont.
Myślę też o tym, że bez mojej przyczepki, trasa przez
Australię byłaby niemożliwa. Wiozę zawsze w niej dwa
worki po 10 litrów wody i żywność w sakwach, sprzęt
naprawczy i inne niezbędne rzeczy. Przy takich
odległościach, jakie tu są, pokonanie 300km bez wody
w upale to śmierć. Dlatego Pustynia Gibsona brr.... aż
strach pomyśleć.
Ciężko mi jest tak samemu. Taka wyprawa dużo
człowiekowi uświadamia, co jest naprawdę ważne w życiu,
zwłaszcza, kiedy gdzieś tam jest mały człowieczek. To juz inny
etap wędrowania..
13/06/10
Nareszcie się udało. Mimo, że
Broome to miejsce typowo turystyczne i sądziłem, że nie
będzie problemu z naprawą, okazało się to nie lada
wyzwaniem. Na szczęście mogę ruszyć dalej i mam nadzieję,
że dalsza droga nie przyniesie takich przykrych niespodzianek.
Wygląda to na solidną robotę i zapewniono mnie, że
przejedzie całą Australię. Hmm...czas pokaże.
Oczekując na naprawę, miałem trochę czasu-chyba po raz pierwszy
w tym całym szaleństwie - na chwilę zadumy i odpoczynku na
plaży Oceanu Indyjskiego, bo Broome to miasto leżące nad samym
jego brzegiem. To miejsce, w którym "Wielka Pustynia
Piaszczysta spotyka się z Oceanem Indyjskim i gdzie
rodzą się najpiękniejsze perły na świecie". Rzeczywiście,
poławianie pereł jest drugą obok turystyki gałęzią tutejszego
przemysłu.
Krajobraz jest może i niezwykły, bo niekończące się
białe plaże, otoczone przez turkusowe wody oceanu
i kontrastujące z nimi czerwone piaski i skały
mogą robić wrażenie. Dla mnie jednak to tylko turystyka,
a ja potrzebuję czegoś więcej - wyzwania, przygody,
materiału na reportaż, książkę. Jestem wychowany na Londonie
Kapuścińskim, dlatego pędzę dalej moim wehikułem -
w stronę Newman a potem Uluru. To będzie największe
wyzwanie dla prawdziwego podróżnika.
Pozdrawiam Wszystkich.
Marcin
12/06/10
Stało się to, czego obawiałem się najbardziej. Trzecie koło mojego roweru, które miało już pierwszą awarię podczas transportu do Darwin niestety nie wytrzymało obciążenia i poluzowało się. Pękły mocowania, które tam zakładałem i mam teraz niemały problem. Bez tego nie wyruszę, bo to przyczepka na żywność i przede wszystkim wodę. W związku z tym zmuszony byłem podjechać z okolic Halls Creek do Broome na północnym wybrzeżu Australii, ponieważ na trasie nie ma takiego warsztatu który mógłby pospawać aluminium. Napotkani po drodze Aborygeni byli bardzo zdziwieni, że taką trasę przemierzam rowerem. Ich zainteresowanie skupione było wokół trzeciego koła i jego funkcjonalności. Okazali się jednak pomocni a ich spory samochód bezcenny w tych okolicznościach.
Broome to spory ośrodek, jak na te rejony, bo liczy ponad 11 000 mieszkańców. Mam nadzieje że uda mi się tu znaleźć jakiś warsztat czy zakład, który umożliwi szybki powrót na trasę wyprawy.
Czeka mnie jeszcze sporo kilometrów.
Trzymajcie kciuki.
Pozdrawiam z Zachodniej Australii.
Marcin