Relacje z Cabo Verde
Dzień 5 - Lany Poniedziałek i woda wszędzie 02/05/2011
W piątym dniu naszej wyprawy wstaliśmy tradycyjnie o 8 rano. Aby radości stało się zadość chwyciliśmy za szklanki i zakradliśmy się do dziewczęcej kajuty.
Smigus Dyngus nie ominął nikogo! Zaraz potem wspólne golenie,
aby opalenizna była równomierna. Cały dzień tradycyjnie
walczyliśmy na pobliskiej plaży celem opanowania do perfekcji
sztuki kontrolowania latawca. Wiatr wydawał się tracić na sile.
Niezmartwieni tym faktem uczyliśmy się zawzięcie tej sztuki. W
przerwie spożywaliśmy posiłki w postaci: - jajecznicy,
koziego sera z ciepłymi bułeczkami na śniadanie - krewetki,
kalmary, małże w ryżu na lunch - świeże kupione od
rybaków pieczone karmazyny, gotowaną kapustę i marchew na
kolacje Prawdziwe kulinarne mistrzostwo. Każdy z nas był
już przynajmniej raz w kuchni z gratulacjami. Zaraz po
posiłku pojawił się pomysł sesji zdjęciowej skoków do wody,
zarówno z pierwszego, jak i drugiego pokładu. Po południu
wiatr trochę się wzmógł, co zmotywowało nas do podroży
w stronę plaży. Instruktor Piotr ruszył w naszą
stronę na windsurfingu. Niestety dopływając do plaży miał
groźną wywrotkę. Udało się jednak uniknąć kontuzji. Okazało
się że sprzęt na którym miał zamiar nas uczyć winsurfingu
został połamany przez płynącą z nim falę.
Koncentrowaliśmy się dalej na nauce kite'a,. Po powrocie na
łódź niektórzy chwycili za wędki, inni czytali książki,
wszyscy z uśmiechem na twarzy oddali się błogiemu lenistwu.
Jutro plan na windsurfing pod warunkiem sprzyjającej siły wiatru.
Jeśli nie będzie wiało ruszamy na połów ryb. Pozdrowienia z
Cabo Verde